Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 kwietnia 2017

[RECENZJA PRZEDPREMIEROWA] "Carpe diem" – Diane Rose


„Pragnę dostać od życia jak najwięcej, właśnie teraz, nie później, bo jestem boleśnie świadoma tego, że później może nigdy nie nadejść”.

Sześćset dni życia, a kontrolę nad Waszym dalszym istnieniem przejmuje ślepy los! Taka perspektywa potrafi odebrać nadzieję i zupełnie przewartościować dotychczasowe priorytety. Co zrobić w tak krótkim czasie? Poddać się — zamknąć w czterech ścianach, odliczać każdy dzień — pogrążając się w coraz większym smutku? Czy żyć pełną piersią — stawiać pewne kroki do przodu, dalej realizować marzenia, celebrować każdy dzień — nie patrząc za daleko w przyszłość? Literacki debiut Diane Rose  Carpe diem w bardzo lekkim, ale niepozbawionym trudnych emocji stylu zwraca uwagę na ludzi, którym przyszło żyć z wyrokiem śmierci — w swoistym zawieszeniu — każdego dnia, czekając na przeszczep. Czy mają prawo do szczęścia — miłości, która może mieć intensywny przebieg, ale bardzo krótki, raniąc przy tym rozkochane serce wyjątkowo boleśnie?
„Byłam egoistką. Byłam okrutna, ale chciałam kochać i być kochana. Chciałam go zatrzymać jak najdłużej, chociaż wiedziałam, że na niego nie zasługuję”. 
Diane Rose – blogerka, recenzentka, studentka, miłośniczka róż herbacianych, a przede wszystkim książkoholiczka. Na co dzień ambitna, impulsywna, zadziorna, obdarzona poczuciem humoru i zdeterminowana w dążeniu do celu. Prowadzi stronę autorską: dianerose.pl oraz blog recenzencki: recenzjezpazurem.pl.

Rosalie Hart, 22-letnia studentka prawa, wydaje się pełną energii, mocno stąpającą po ziemi dziewczyną, która z pasją realizuje swoje ambicje, dba o zdrowie i z wielką determinacją walczy o własną niezależność. Rose mieszka ze starszym bratem, jego żoną i ich dwójką dzieci. Rodzeństwo jest bardzo zżyte, łączy ich wyjątkowa nić porozumienia. Razem dźwigają także ogromny balast, którym jest poważna wada serca u Rosalie. Lekarz bowiem postawił diagnozę, która w brutalny, nagły sposób odebrała dziewczynie nadzieje — oferując jej około 600 dni życia. Jeśli w tym czasie nie znajdzie się dawca serca dla Rose, dziewczyna umrze. Mimo tak surowej diagnozy Rosalie nie użala się nad sobą i chociaż pogodziła się z trudnym losem — nie wierząc, że w tak krótkim czasie pojawi się dawca  nadal studiuje, czerpiąc z życia każdą cenną chwilę. Nie rezygnuje z codziennego joggingu, dba o sylwetkę, z jeszcze większym zaangażowaniem uczęszcza na uczelnię, spotyka się z przyjaciółmi, po prostu żyje! Dziewczyna egzystuje w myśl zasady „carpe diem”, chwytając to, co przyniesie kolejny dzień  nie robiąc planów, nie żywiąc nadziei na odległe jutro. Przecież każdy dzień, może być tym ostatnim, po którym nie doczeka kolejnego wschodu słońca. Pewnego dnia na jej drodze pojawia się 27-letni Daniel, młody, pozbawiony empatii lekarz, stojący przed decyzją o wyborze specjalizacji. Tych dwoje, choć pozornie tak różnych połączy niecodzienne uczucie, tylko czy tajemnica Rose pozwoli im cieszyć się tym niepewnym szczęściem?
„Poznałem odpowiednią dziewczynę, w odpowiednim czasie, w cholernie niesprzyjających okolicznościach. Los jest bardzo niesprawiedliwy”.
Diane Rose, większości znana, jako autorka bloga Recenzje z pazurem, wtargnęła na rynek wydawniczy z książką Carpe diem, stawiając sobie od razu wysoką poprzeczkę. W mojej opinii jest to bowiem debiut, obok którego trudno przejść obojętnie. Historia Rosalie i Daniela nasycona jest nie tylko pełną gamą emocji, daje także bardzo realny obraz trudności, z jakimi zmagają się osoby obciążone chorobą, pozostawiającą małe nadzieje na powrót do zdrowia. To książka, która ma w sobie ikrę i z dużą intensywnością zmusza czytelnika do głębszych refleksji nad ulotnością życia.
„Przyjaźń to największy skarb na świecie, ale tylko wtedy, kiedy możesz się nią dzielić”.
Autorka wykreowała postaci pełne temperamentu, charyzmy, zbudowała fabułę, która prowadzi odbiorcę przez kolejne dni życia nie tylko osoby chorej, ale także tych, którzy są obok niej. Rodzina, bliscy, przyjaciele oni też zmagają się z własnymi dylematami, chcą być wsparciem, ale każdy z nich miewa chwile zwątpienia. Czują frustrację, żal, smutek i ogromny strach, jednak nieustannie duszą w sobie negatywne emocje. Patrzeć i mieć świadomość, że bliska nam osoba toczy nierówną walkę z chorobą, to szalenie bolesne i przygnębiające doświadczenie. Jednak Diane Rose udało się w bardzo przystępny, słodko-gorzki, ale pozbawiony patosu sposób ukazać wszystkie aspekty tego zjawiska. Postacią wzbudzającą ogromną sympatię, dającą nadzieję jest brat Rosalie, James. To jego postawa, nacechowana wyrozumiałością, a także pogodnym usposobieniem i niezwykłą troskliwością, nadaje tej historii lekkości. Ta powieść tętni uczuciami, ma w sobie sporą dawkę humoru, eteryczności, ale i potężną porcję wzruszających momentów. Autorka bowiem wystawiła swoich bohaterów na niebanalną próbę, której niezwykle trudno sprostać — śledziłam ich losy z ogromnym zaciekawieniem, zupełnie tracąc przy tym poczucie czasu. To jedna z tych książek, od której trudno oderwać uwagę. 

Bohaterowie stanowią mocną stronę tej historii, ich wewnętrzne portrety są wyraziste, ale nie są przerysowane czy pozbawione wad, przez co wywołują różnorodne emocje. Chwilami złoszczą, wzbudzają brak zrozumienia, rodzą też współczucie i sympatię. Ponadto Diane Rose stosuje zajmującą pierwszoosobową narrację, pozwalając czytelnikowi poznać tę opowieść zarówno z perspektywy Rose, jak i Daniela. Carpe diem niesie w sobie także nietuzinkowe zakończenie, które wywołało moje zdziwienie i pozwoliło poczuć pełną satysfakcję z lektury. Słowem, autorka oddała w ręce czytelników powieść, która nie jest wyłącznie kwintesencją dobrego romansu zbudowanego na emocjach, to także książka z konkluzją, każdy czytelnik podczas lektury niejednokrotnie pogrąży się w zadumie, być może wyciągnie wnioski, wyeliminuje błędy i zmieni nastawienie do życia? Jeśli lubicie powieści podążające nurtem New Adults, pełne intensywnych uczuć, bohaterów zmagających się z trudami codzienności, pogubionych w swych niełatwych decyzjach, koniecznie sięgnijcie po literacki debiut Diane Rose! 
„Każdy ma prawo przeżyć miłość, każdy. Nieważne, ile dni mu zostało…”.
Rekomendując:
Carpe diem to napawający nadzieją, swoistym przesłaniem portret ukazujący istotę rodziny, przyjaźni i miłości. To zadziwiająco emocjonalna powieść, skłaniająca do głębszych refleksji. Dzięki historii Rosalie i Daniela czytelnik odbywa fascynującą duchową podróż, ukazującą nie tylko granice strachu, ale także codzienną wewnętrzną walkę o prawo do odrobiny szczęścia, pokrętnie okraszonego egoizmem. Powieść pełna miłosnych rozterek, ale także bólu, nierównej potyczki z chorobą i gasnącej nadziei. Znakomity debiut, który jednocześnie bawi, niepokoi i wzrusza, rozrywając serce odbiorcy na milion drobnych kawałków. Polecam!
„Jeśli kogoś naprawdę kochasz, to nie opuścisz go, gdy zacznie spadać na dno. Będziesz po prostu robił wszystko, by go stamtąd wyciągnąć”.

 ____________________________________________________________________

Kategoria: literatura współczesna /obyczajowa 
Wydawnictwo: Videograf SA
Rok wydania: 2017 / PREMIERA: 6 kwietnia 
ISBN 978-83-65315-97-7
Liczba stron: 464
Moja ocena: 8/10 

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji 
serdecznie dziękuję Diane Rose oraz:


środa, 29 marca 2017

[RECENZJA PREMIEROWA] "Marlene" – Hanni Münzer



„[…] człowiek musi wątpić, gdyż poszukiwanie prawdy zaczyna się od stawiania pytań. Kto wątpi, ten myśli”.  

Każda wojna odbija piętno w sercach tych, którzy byli zmuszeni się z nią zmierzyć. Pochłania miliony ofiar, wśród nich jest także ludność cywilna. Zaprząta umysł, wyzwala ogrom emocji, w tym instynkt przetrwania, który prowokuje do zachowań dalekich od przekonań i głęboko zakorzenionego stylu bycia. Łamie psychikę i bardzo mocno wpływa na koleje losu. W obliczu wojny ludzie nabierają pokory, szlachetności, niebywałej odwagi, która pozwala im walczyć i pomagać słabszym, wielu też paraliżuje strach, który zmusza ich do biernej akceptacji okrutnej rzeczywistości. Jednak są również tacy, którym wojna odbiera rozum, popychając do nieludzkich zachowań — zupełnie odczłowieczając!
„Sąd Okręgowy w Zweinrücken skazał młodą kobietę na rok ciężkiego więzienia. Przestępstwo jej polegało na tym, że podarowała kanadyjskiemu jeńcowi pomarańczę”. (str. 45)
Marlene Hanni Münzer stanowi kontynuację bestselerowej powieści Miłość w czasach zagłady, którą jakiś czas temu miałam przyjemność przeczytać. Chociaż pierwszy tom zdobywa różnorakie opinie, mimo tego nadal uważam, że to dobra książka i zupełnie nie rozumiem ocen w postaci jednej gwiazdki. Jednak każdy z nas odbiera książki na swój, indywidualny sposób i jak widać, co jednych zachwyca, innych zupełnie nie przekonuje. Taka nasza natura.

Po lekturze drugiego tomu odnoszę wrażenie, że autorka poczyniła niemałe postępy, tworząc powieść, która w mojej opinii pochłania uwagę czytelnika od pierwszej strony, nie pozwalając mu się z niej wydostać, dopóki nie pozna do końca historii bohaterów. Mimo sporej objętości — narracji, która zawiera mnóstwo opisów, nie tylko miejsc czy zdarzeń, ale przede wszystkim emocji — tę opowieść pochłania się niczym dobrze skonstruowany thriller. Zżyłam się z bohaterami, śledząc ich losy z dużym zaangażowaniem, niepokojem i napięciem. Według mnie pisarce udało się zbudować bardzo zajmującą, chwilami poruszającą, bolesną, a nawet szokującą intrygę, wciągając bohaterów w odmęty II wojny światowej. Część akcji rozgrywa się za drutami jednego z największych nazistowskich obozów zagłady Auschwitz-Birkenau. To tam, w jednym z „ekskluzywnych” bloków ląduje główna bohaterka wraz z dwudziestoma innymi więźniarkami oraz enigmatyczną madame Jolantą. Pozostałym skazańcom wydaje się, że kobiety rządzą się tam specjalnymi przywilejami, toteż nienawidzą ich i potępiają. Tymczasem one przeżywają prawdziwą gehennę, każdego dnia zaspokajając nieokiełznaną chuć hitlerowskich esesmanów. A jednak w tych dramatycznych okolicznościach rodzi się miłość, która pewnego dnia zmusza Marlene do podjęcia brzemiennej w skutkach decyzji. Bohaterka bowiem staje w obliczu bezwzględnego dylematu. Czy zdecyduje się zabić ukochanego, aby nieodwracalnie zmienić losy fanatycznej wojny i ocalić życie milionów ludzi?
„Dwadzieścia jeden kobiet, które czują, oddychają, żyją. Jeśli spróbujesz uciec, wszystkie zginą. Zostaniemy rozstrzelane, bez wyjątku, każda z nas. Każda odpowiada życiem za pozostałe”. (str. 199).
W moim odczuciu Hanni Münzer napisała kolejną książkę, w której sprawnie łączy fakty historyczne z fikcją literacką, nadając tej opowieści bardzo realny wymiar. Autorka wplata w fabułę rozdziały, które nazywa „odpryskami wojny”, zamieszczając w nich autentyczne epizody. Świetnie kreśli na kartach obraz nazistowskiej propagandy, społeczeństwa nasyconego hitlerowską indoktrynacją, szerzącym się antysemityzmem, demagogią, która wyzwalała w niemieckim społeczeństwie ogromną nienawiść, ale i strach. Autorka tą książką zwraca też uwagę na ludzi, którzy potrafili znaleźć w sobie odwagę, jednocześnie wykazując się ogromną empatią i altruizmem. To właśnie te jednostki w ramach pogardy przystępowały do oddziałów ruchu oporu, sprzeciwiającego się rządom Adolfa Hitlera, tym samym narażając się na prześladowanie i tortury często prowadzące do śmierci.

Taką postacią jest Marlene, Niemka urodzona w szlacheckiej rodzinie, jako Anna von Dürkheim, to głównie jej losy śledzimy na kartach powieści. Jest odważną, zdeterminowaną, skłonną do poświęceń, silną kobietą. Od chwili wybuchu wojny walczy przeciwko totalitarnemu rządowi, każdego dnia narażając swoje życie w brawurowym stylu. Bez wątpienia wzbudza podziw i sympatię, chociaż chwilami wydaje się, że jej postać wyjątkowo sprawnie wychodzi z pewnych opresji. Niemniej jednak los doświadcza ją w wyjątkowo okrutny sposób, rodząc u czytelnika szereg rozmaitych emocji. Drugi tom można czytać bez zgłębiania pierwszej części, jednak znajomość Miłości w czasach zagłady, z pewnością pozwoli lepiej zrozumieć przesłanki, którymi kierowali się bohaterowie.
„Zło pochłonęło nie tylko ciała pomordowanych, lecz również wyciągnęło ręce po dusze tych, którzy przeżyli. Bo zło jest wiecznie nienasyconym molochem". (str. 467)
Reasumując, nie jest to książka, która stanowi kompendium wiedzy z przebiegi II wojny światowej, jednak z pewnością oddaje jej realia, ukazując przy tym siłę miłości, przyjaźni i hartu ducha, zwraca też uwagę na wartości, których coraz mniej we współczesnym świecie. Zachęcam do lektury!
„[…] prędzej czy później wojna zawsze zaczyna pożerać własny ogon. Ludzie w końcu zaczynają tęsknić za dobrem i pięknem i budzi się to, co stanowi o człowieczeństwie: silniejszy zaczyna pomagać słabszemu, ten, kto ma wiele, dzieli się z tymi, którzy nie mają nic". (str. 43-44)
  ____________________________________________________________________

Kategoria: literatura współczesna / z wojną w tle 
Cykl: Miłość w czasach zagłady / tom II
Wydawnictwo: Insignis
Przekład: Łukasz Kuć
Rok wydania: 2017
ISBN 978-83-65315-97-7
Liczba stron: 552
Moja ocena: 8,5/10 

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji 
serdecznie dziękuję:

poniedziałek, 27 marca 2017

[RECENZJA] "Chata" – William Paul Young


„Nie jesteś w stanie zobaczyć oczami umysłu tego, czego nie możesz doświadczyć”.

Chata Williama Paula Younga określona mianem bestsellera nr 1, przetłumaczona na pięćdziesiąt języków i sprzedana w ponad 20 milionach egzemplarzy, doczekała się także adaptacji filmowej, tym samym zupełnie przerosła oczekiwania samego twórcy. Przygoda autora z Chatą bowiem zaczęła się od wydrukowania piętnastu książek, głównie w charakterze prezentu dla jego sześciorga dzieci. Tymczasem okazała się osobliwym fenomenem, który wywołał u większości odbiorców falę zachwytu i zdumienia. Dla wielu historia zawarta na kartach tej niewielkiej książki stała się środkiem do osiągnięcia swoistego katharsis. Ta opowieść wywołała także wiele kontrowersji, jako że postać Boga ukazana oczami twórcy chwilami, podważa dogmaty wiary, nie odzwierciedlając światopoglądu wielu ludzi, niejako stojąc w kontrze do treści zapisanych w Biblii

Chata to historia ludzi dotkniętych jedną z większych tragedii, jakiej może doświadczyć kochająca się rodzina. Śmierć dziecka niesie ze sobą niewyobrażalny ból, rozpacz i smutek, zaburzając wspólne życie negatywnymi emocjami, które szalenie trudno stłumić. Kiedy Mack wyrusza ze swoimi dziećmi na wspólny weekend w góry, nie jest w stanie przewidzieć konsekwencji tej podróży. W ostatnim dniu pobytu zostaje porwana jego najmłodsza córka Missy. Po kilku godzinach policja odkrywa, że dziecko zostało uprowadzone przez seryjnego mordercę. Rozpoczyna się pościg, jednak śledczy przegrywają walkę z czasem. Odnajdują ślady krwi małej Missy, wszystkie poszlaki wskazują, że dziecko zostało zamordowane, jednak ciało pozostaje w ukryciu. Mack wraz z dziećmi wraca do domu pogrążony w Wielkim Smutku, oddala się od Boga i najbliższych. Nosi w sercu wielki ciężar związany z poczuciem ogromnej winy, ulega swego rodzaju destrukcji, która zupełnie odbiera mu radość życia. Pewnego dnia otrzymuje list, który jest zaproszeniem od Boga. Mack je przyjmuje i wyrusza w podróż pełną magii, mistycyzmu i refleksji. Czy doświadczy przemiany, poczuje się oczyszczony i skłonny do dalszego, wypełnionego radością i spokojem życia? Czy jednak wizja Boga w spódnicy zupełnie zaburzy jego światopogląd, wrzucając go w jeszcze większą otchłań rozpaczy?
„[…] kiedy zniknęła mała Missy, Wielki Smutek osiadł na jego ramionach jak niewidzialna kołdra. To brzemię zasnuwało mu mgłą oczy, przygniatało plecy. Nawet wysiłki, żeby je zrzucić, były wyczerpujące, jakby jego ręce ugrzęzły w wyblakłych fałdach rozpaczy, a on sam stał się jego częścią. Jadł, pracował, kochał, śnił i bawił się w tym ciężkim odzieniu, garbił się, jakby nosił ołowiany płaszcz, codziennie brnął przez życie z przygnębieniem, które ze wszystkiego wyssało kolor”. (str. 31).
Od dawna chciałam przeczytać tę książkę. Dzięki jej ekranizacji, a także wznowionego wydania w filmowej okładce nadarzyła się okazja, aby poznać opowieść, która rodzi tak wiele sprzecznych emocji. Minęło kilka dni od lektury, jednak nadal nie wiem, jak ocenić tę publikację. Zaznaczę, że zależy mi na obiektywnej opinii, wolnej od własnych przekonań bowiem, jest to jedna z tych książek, która na każdego odbiorcę zadziała w inny sposób. Jednych zachwyci, natomiast u innych wywoła odwrotny skutek. Znajdą się też czytelnicy, dla których Chata będzie kolejną intrygującą, poruszającą, pełną refleksji i metafory historią, która z pewnością nie odmieni w szczególny sposób ich życia, nie wpłynie na utrwalone przekonania, jednak pozostawi subtelny ślad w ich umyśle, dając poczucie osobliwej satysfakcji z lektury. Pewnie do tej ostatniej grupy odbiorców mogłabym się zaliczyć.
„Kłamstwa to małe fortece. W środku czujesz się bezpieczny i silny. Z tych małych twierdz starasz się kierować swoim życiem i manipulować innymi. Ale fortece potrzebują murów, więc je wznosisz. Są nimi usprawiedliwienia twoich kłamstw. Takie jak wtedy, gdy chronisz tych, których kochasz, i próbujesz oszczędzić im cierpienia. To działa, więc nawet kłamiąc, czujesz się w porządku”. (str. 212)
Podczas czytania towarzyszyły mi różnorodne emocje. Powieść w pierwszej części zupełnie pochłonęła moją uwagę, z ogromnym napięciem i przejęciem śledziłam losy głównego bohatera i jego bliskich. Jednak, gdy przyszedł czas na treść nacechowaną teologią, filozofią, badaniem kwestii związanych z Bogiem i wiarą, czy obrazem i znaczeniem Trójcy Świętej, miałam chwile zwątpienia. Jednak nie poddałam się i pozwoliłam sobie na zgłębienie zbudowanego przez autora świata, swoistego raju, w którym znalazł się główny bohater. Podjęłam próbę przyswojenia tej dosyć dyskusyjnej, chwilami nieprzystępnej dla mnie treści i ostatecznie nie żałuję. Autor określa Boga, jako jedynego istniejącego Stwórcę, kochającego wszystkich ludzi, bez względu na przynależność do określonej religii, czy jej zupełny brak. Ukazuje także postać Zbawiciela, który nie odbiera życia naszym bliskim, doświadczając lub wystawiając nas na próbę — jest tylko biernym obserwatorem naszej ziemskiej egzystencji, którą od wieków kreujemy sami. Bóg oddał świat w nasze ręce, pozwolił nam żyć według własnych zasad, nie regulując naszego istnienia w żadnej kwestii. W ludzkiej mentalności często pojawia się bardzo roszczeniowy stosunek do Boga. Kiedy życie kładzie nam kolejne kłody pod nogi, czy doświadcza bolesnymi przeżyciami, często kierujemy swoje pretensje w kierunku Wszechmogącego, oskarżając go za swoje niepowodzenia, czy też ostatecznie odwracając się od niego. William Paul Young w Chacie stosuje ciekawą metaforę, ukazując postać objawiającego się Boga w ciele dobrodusznej czarnoskórej Murzynki, która przywodzi na myśl postać troskliwej matki, czy babci.
„Instytucje, ustroje, ideologie i inne rzeczy wymyślone przez ludzi są wszechobecne i kontakt z nimi jest nieunikniony”. (str. 205)
Chata Williama Paula Younga to według mnie książka skierowana do każdego, bez względu na popieraną ideologię, wyznawaną wiarę, czy jej brak. Nie trzeba być teologiem, czy dobrym znawcą Biblii, aby przyswoić zawartą w niej myśl. To jedna z tych publikacji, która podlega indywidualnej interpretacji — może zachwycać, skłaniać do głębszych refleksji, może jednak też pozostawić pewien niesmak, poprzez negację głęboko zakorzenionych wewnętrznych przekonań. Można ją też potraktować, jako frapującą opowieść nie tylko o Bogu, ale przede wszystkim o ludzkiej tragedii, która rodzi ogromny ból, smutek i nienawiść. To także książka o sile przebaczenia, zrozumienia i miłości oraz o osiągnięciu swoistego kompromisu z własnym sumieniem. Zdecydujcie sami, czy macie odwagę udać się wraz z bohaterem do oddalonej od cywilizacji chaty, gdzie objawia się Trójca Święta w bardzo osobliwej postaci, ukazując Boga, jaki chyba nigdy nie gościł w ludzkiej świadomości...
„Większość z nas ma swoje smutki, nieziszczone marzenia, złamane serca i straty, swoją własną chatę”. 
 ____________________________________________________________________

Kategoria: literatura współczesna / z nurtem religijnym 
Wydawnictwo: Nowa Proza
Przekład: Anna Reszka 
Rok wydania: 2017
ISBN 978-83-7534-061-7
Liczba stron: 295
Moja ocena: 7/10 

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji 
serdecznie dziękuję:

niedziela, 19 marca 2017

[RECENZJA] „Nie czas na zapomnienie” – Agnieszka Walczak-Chojecka


„Bywają sny, które nigdy nie powinny się przyśnić, wspomnienia, co ranią pamięć, próżne nadzieje, które odbierają siły”.

Wojna w byłej Jugosławii pochłonęła tysiące niewinnych ofiar, miliony ludzi skazała na emigrację. Odbiła bolesne piętno w sercach i umysłach tych, którym udało się przetrwać. Ci, którzy brali czynny udział we wspomnianym krwawym konflikcie, dopuścili się licznych gwałtów i rozbojów na ludności cywilnej, dokonali straszliwych czystek etnicznych, dając kolejne świadectwo na to, że wojna wyzwala w ludziach najgorsze instynkty…
„W tym piekle liczył się tylko zysk, wszystkie układy, przyjaźnie i pakty pękały jak bańki mydlane. „Oko za oko, ząb za ząb” stało się jedyną regułą”. (str. 34)
„[…] nienawiść budzi w człowieku straszną siłę”. (str. 58).
Nie czas na zapomnienie to kontynuacja bałkańskiej sagi, którą rozpoczął pierwszy tom pt.: Nie czas na miłość. Fabuła książki osadzona jest nadal w XX wieku, w latach 90. Jednakże tym razem powieść koncentruje się na apogeum bałkańskiego konfliktu, ukazując ogromną udrękę, przerażenie społeczeństwa żyjącego w obliczu zagrożenia, w nieustannej trwodze o własne i swoich bliskich życie. Cierpią z głodu, utraty bądź zaginięcia krewnych i przyjaciół, braku perspektyw, wobec stale czyhającego niebezpieczeństwa. Wielu ludzi szuka schronienia poza skonfliktowanym krajem, emigracja wydaje się jedyną sposobnością, aby uchronić się przed perspektywą bezdusznej śmierci. Akcja rozgrywa się zarówno na Bałkanach, jak i w Polsce, gdzie od lat mieszka matka Dragana, uznanego za poległego podczas skoku z mostu w Sarajewie. Jasmina przekonana o śmierci ukochanego w towarzystwie przyjaciela wyrusza w nieznane, próbując po drodze odnaleźć zaginionego ojca. Ostatecznie trafia do domu babci Dragana, gdzie próbuje odnaleźć spokój i odbudować zrujnowane życie. Czy Jasminie uda się zapomnieć o ukochanym, odzyskując utraconą wolność u boku innego mężczyzny? Czy jednak los przygotował dla niej zupełnie inny scenariusz?

„Zamykam krajobraz
Okaleczonego miasta
Powiekami
Spływa mi do wewnątrz
Cienką stróżką
Jeszcze nie wie,
Że stąd nie ma
Ucieczki”. (str. 139).
„Bo życzliwość obcych ludzi nigdy nie wydaje się tak bezbrzeżna, jak miłość najbliższej rodziny, a krajobrazy w obcych stronach tak piękne, jak te za oknem własnego domu”. (str. 330).
Agnieszka Walczak-Chojecka bardzo zgrabnie łączy fikcję literacką z faktami historycznymi, zupełnie zacierając granicę między własną wyobraźnią a autentycznymi epizodami. Nie czas na zapomnienie to nasycona dynamicznie rozwijającą się akcją powieść, wydobywająca z czytelnika pełną paletę emocji. Ta książka chwilami przeraża, przypominając odbiorcy, jak wielkim okrucieństwem i bezwzględnością nacechowany był bratobójczy konflikt na Bałkanach. Autorka stworzyła nie tylko rzeczywisty, ale i wyjątkowo poruszający klimat kreując historię Jasminy i Dragana. Wplatając w fabułę bardzo krwawe, okrutne wydarzenia takie, jak między innymi zniszczenie Starego Mostu w Mostarze, czy masakry na targu Markale i w okolicach Srebrnicy pisarka daje świadectwo, które może stanowić swoisty hołd pamięci o ludziach, którzy zostali wymordowani w wyjątkowo okrutny sposób. Ta książka ma w sobie dotkliwy przekaz, ukazujący nie tylko potęgę zła, czy też bolesność tkwiących w sercu odłamków nieustannie przypominających o traumie, ale i siłę nadziei, miłości, która stoi ponad wszelkimi podziałami. Zarówno opisy wojennej rzeczywistości, jak i narracja stanowią o ekspresyjnych umiejętnościach autorki. Książkę czyta się z zapałem, nieustannym niepokojem i napięciem, ta historia zapada mocno w pamięć, szarpie emocje, porusza do głębi i zaskakuje siłą przekazu. 
„Mosty... Dwa brzegi rzeki wydają się ze sobą związane na zawsze. Nagle pęka betonowa wstęga i brzegi stają się odległe, jakby nigdy wcześniej nie dzieliły wspólnego losu. Tak jak ludzie, których jeszcze przed chwilą łączyło silne uczucie, a teraz nie chcą pamiętać swoich imion. Przyjaźń, która zmieniła się w chęć zemsty, miłość przemieniona w nienawiść...”. (str. 10). 

Nie czas na zapomnienie Agnieszki Walczak-Chojeckiej to poruszająca powieść, która w zajmujący sposób przybliża dramatyzm wojny w byłej Jugosławii. Pisarka nie opowiada się po żadnej ze stron konfliktu, opisując prawdziwe wydarzenia, pozostawia czytelnikowi miejsce na własne refleksje. Mimo że fabuła porusza bolesne tematy, książkę czyta się z ogromną swobodą bowiem autorce, udało się utrzymać lekki, chociaż chwilami bardzo dosadny styl. Ta książka nasycona jest także miłością do teatru, poezji i muzyki, można w niej znaleźć ujmujące fragmenty wierszy i piosenek. Zakończenie jest kwintesencją tego, czego szukamy w literaturze, zaskakuje i wzmaga apetyt, aby sięgnąć po kolejny tom. Skusicie się? 
„Wszyscy patrzyli na Bałkany obojętnie, odwracali oczy, by nie widzieć, że krew płynie już nie strumykiem, a całą rzeką”. (str. 195).
„Wojna zabrała im wszystkim młodość, miłość, a w zamian dała tylko poranioną pamięć. Niezależnie od tego, jak nazywali swojego Boga, w którą stronę zwracali twarz przy modlitwie i czy w ogóle robili znak krzyża, wszyscy byli przegranym pokoleniem”. (str. 368). 
________________________________________________________________________________

Kategoria: literatura współczesna / obyczajowa 

Wydawnictwo: FILIA
Cykl: saga bałkańska / tom II 
Rok wydania: 2017
ISBN 978-83-8075-200-9
Liczba stron: 384
Moja ocena: 7,5/10 

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji 
serdecznie dziękuję:



czwartek, 16 marca 2017

[RECENZJA] "Był sobie pies" – W. Bruce Cameron


„Sensem całego mojego życia było kochać go, być z nim i go uszczęśliwiać”.

Psy darzą ludzi uczuciem bezwarunkowym! Więź, która rodzi się między psem a człowiekiem, jest jedną z bardziej niezwykłych, dlatego warto o nią dbać. Bez wątpienia każdy doceniony pupil odwdzięczy się w dwójnasób, odda swoje psie serce, nie żądając nic w zamian. Miłość bijąca z psich oczu, gestów jest wartością bezcenną. Jednak należy pamiętać, że to my, ludzie kształtujemy psią osobowość, pies w naszym domu to nie zabawka, to żywa istota, która czuje, przywiązuje się, wymaga od nas olbrzymiej cierpliwości i odpowiedzialności... 

Był sobie pies W. Bruce'a Camerona to powieść, którą odebrałam emocjami, zresztą jak każdą inną książkę, która ukazuje niezwykłe wnętrze czworonogich pupili. Jednak w tym przypadku autor posłużył się niebanalną, pierwszoosobową narracją, nadając psim bohaterom cechy ludzkie. Udzielił im głosu, dzięki któremu czytelnik ma niepowtarzalną okazję przenieść się do pomerdanego świata, do wyjątkowej włochatej psychiki. Odebrać świat psimi bodźcami, umysłem, który nie zawsze potrafi ogarnąć skomplikowany ludzki świat, pełen niezrozumiałych emocji i zachowań.

Wyjątkowość tej publikacji kryje się w oryginalnym pomyśle na fabułę, która ukazuje duszę jednego psa, odradzającego się w kolejnych psich wcieleniach. I tak, w pierwszej kolejności poznajemy psa Toby'ego, urodzonego przy nieoswojonej matce. Szczeniak zaczyna stawiać pierwsze kroki na wolności, w której człowiek postrzegany jest, jako potencjalny wróg. Jednak z czasem trafia do schroniska, w którym po raz pierwszy poznaje namiastkę ludzkiej natury. To doświadczenie okazuje się pomocne, kiedy Toby odradza się w ciele golden retrievera i z czasem trafia do domu, w którym otrzymuje imię Bailey. Tam nawiązuje nadzwyczajną więź z chłopcem imieniem Ethan. To właśnie ta psia osobowość dominuje resztę powieści, w której Bailey najpierw podąża u boku ukochanego chłopca, zdobywając nowe umiejętności, uczestnicząc w różnorodnych przygodach, nabywając doświadczeń, które w przyszłych wcieleniach stają się atutem, stanowiącym o jego nieprzeciętności. Kolejne uosobienie to owczarek niemiecki — suczka Elli, pracująca, jako pies topiący w policji. Jej historia poruszyła mnie do łez, oczarowała niebywałą psią osobowością oraz płynącą z niej mądrością. Na koniec poznajemy labradora retrievera o śmiesznym imieniu Koleżka, dzięki tej opowieści będę uważniej się przyglądała samotnie wędrującym  psom w mojej okolicy…
„Psy nie mogą decydować o tym, gdzie mieszkają; o moim losie decydowali ludzie”.

Opowieść nasycona jest różnorodnymi emocjami, które wywołują falę uczuć. Chwilami szalenie zabawnych, prowokujących głośny śmiech, momentami refleksyjnych, uzmysławiających wyjątkowość naszych czworonożnych przyjaciół. Bywa też bardzo smutno i wzruszająco, czego skutkiem jest potok płynących z oczu łez. To szalenie uczuciowa, pogodna i chwytająca za serce powieść, pełna przygód i zabawnych sytuacji, po którą obowiązkowo powinien sięgnąć każdy zwolennik psiej natury. Niewątpliwie na kartach odnajdziecie nie tylko cząstkę siebie, ale przede wszystkim bogactwo cech swojego psiego towarzysza. Tę powieść można czytać na głos swoim dzieciom, dzielić się nią ze swoimi bliskimi lub oddawać się lekturze w ciszy, przeżywając wraz z bohaterami ich radości i smutki.

Był sobie pies to powieść, po którą warto sięgnąć bowiem autor, ukrył w niej wiele mądrości, otwierających umysł człowieka, pozwalających spojrzeć na otaczający nas świat psimi oczyma. Wykreowana przez twórcę, szalenie trafna psia rzeczywistość uświadamia, ułatwia dostrzec błędy, które popełniamy — często nieświadomie — a których skutkiem jest ogromny chaos powstający w głowach naszych czworonogów. Ponadto niniejsza książka posiada cenny dar, który niewykluczone, pomoże złagodzić ból po stracie ukochanego pupila, jako że pozostawia iskierkę nadziei, iż piękne wnętrze towarzyszącego nam przez lata przyjaciela, odrodzi się w kolejnym wcieleniu… Gorąco polecam!

„[…] porażka nie wchodzi w grę, jeśli jedyne, co potrzeba do osiągnięcia sukcesu, to włożenie w coś więcej wysiłku”.

____________________________________________________________________
Kategoria: literatura współczesna / obyczajowo-przygodowa

Wydawnictwo: Kobiece
Rok wydania: 2017
ISBN 978-83-65506-98-6
Liczba stron: 392
Moja ocena: 8,5/10 

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji 
serdecznie dziękuję:



Książka została zekranizowana!
W tym roku film ukazał się na ekranach polskich kin! 


środa, 8 marca 2017

[RECENZJA] "Pewna pani z telewizji" – Anna Mentlewicz




Przemysł rozrywkowy daje ogromne możliwości, prestiż, sławę, otwiera wyjątkową drogę do kariery, jednak bywa także szalenie zdradliwy, bezwzględny, naraża na nieustanny stres i wymaga wielu kompromisów. Bardzo łatwo spaść z samego szczytu, czy stracić stabilny grunt pod nogami — niestety wzloty wymagają znacznie większego zaangażowania — silnej osobowości, pewności siebie — po upadku bardzo trudno się podnieść. Praca w tak zwanym show-biznesie to ciągłe balansowanie na cienkiej linie, utrzymanie się na niej przez długi okres, graniczy z cudem…

sobota, 25 lutego 2017

[RECENZJA] "Madonny z ulicy Polanki" – Joanna Marat


Sięgając po Madonny z ulicy Polanki Joanny Marat, spodziewałam się lektury eterycznej, zabawnej i zupełnie niezobowiązującej, tymczasem otrzymałam coś zupełnie odmiennego. Autorka absolutnie mnie zaskoczyła bowiem książka mimo dostrzegalnej nuty humoru, nie jest lekturą, którą czyta się lekko i bez zaangażowania — to jedna z tych powieści, które na długo pozostawiają ślad w umyśle czytelnika.

Joanna Marat – warszawianka i gdańszczanka. Laureatka konkursu na opowiadanie kryminalne Międzynarodowego Festiwalu Kryminału 2010. Debiutowała w 2011 roku w antologii Zaułki zbrodni, samodzielnie zaś powieścią obyczajową Grzechy Joanny. Jej opowiadanie Kaplica Jedenastu Tysięcy Dziewic zostało wyróżnione w konkursie „Literacka podróż po Gdańsku”. W ubiegłym roku ukazał się jej pierwszy kryminał zatytułowany Monogram. Autorkę inspirują ludzie, stare fotografie i strzępki zasłyszanych rozmów. 
„Przede wszystkim on był mężczyzną. A mężczyźnie wolno robić nawet to, co jest zabronione. Tak jest ten świat urządzony i nic się na to nie poradzi”. (str. 189)

Madonny z ulicy Polanki to opowieść o niełatwych dziejach kilku pokoleń, które odciskają piętno na losach kolejnych potomków. Obserwujemy życie różnych kobiet, które za sprawą nieprzychylności losu zmagają się z życiowymi porażkami. Obok każdej z nich egzystują mężczyźni, którzy częściej bywają ograniczeniem niż wsparciem. Tłem większości wydarzeń jest przede wszystkim Gdańsk i jego kamienica przy ulicy Polanki, gdzie mieszkańcy wiodą pozornie spokojne życie, jednak za drzwiami ich mieszkań rozgrywają się ich osobiste, głęboko skrywane dramaty. 

Anna jest kobietą skrytą i niedostępną, mieszka w Szwecji wraz z dużo starszym partnerem, jednak zmęczona niełatwym związkiem, brakiem porozumienia i spójnej wizji ich przyszłości wraca do Polski, gdzie w wynajmuje mieszkanie i podejmuje walkę o swoją zagrożoną przyszłość.

Weronika to kobieta wycofana, o niskim poczuciu własnej wartości, wdowa prowadząca samotne życie, jednak wdaje się w przypadkowy romans z enigmatycznym sąsiadem, w wyniku którego jej życie nabiera osobliwych barw.

Małgorzata pełna temperamentu rozwódka, właścicielka kamienicy przy ulicy Polanki, na co dzień dziennikarka w lokalnym brukowcu, tkwi w skomplikowanym związku z żonatym mężczyzną.

Maciej, trzydziestoletni kawaler, maminsynek z wrodzoną nieśmiałością do kobiet, pracuje jako lekarz onkolog, każdego dnia zmaga się z ludzkimi dramatami. Mieszka wraz z matką, jego marzeniem jest związek z Anną.

Joanna Marat w znakomitym stylu kreśli na kartach zróżnicowane postaci, które pojawiają się bez pośpiechu, regularnie sycąc fabułę sowimi historiami. Z biegiem czasu wszystkie wątki łączą się w jedną spójną całość, ukazując przewrotność ludzkiego losu. Fabuła naznaczona jest skomplikowanymi związkami, zaburzonymi rodzinnymi relacjami, które w znamienny sposób naznaczają przyszłość bohaterów. Książka w pełni angażuje umysł czytelnika bowiem ilość wykreowanych postaci, złożoność ich życiowych perypetii, a także nagromadzenie dramatycznych wydarzeń, które chwilami przenoszą czytelnika do odległych czasów, zmuszają czytelnika do pełnej koncentracji, próby zrozumienia podejmowanych przez bohaterów decyzji. Ponadto niełatwa narracja, w której dialogi są rzadkością, powoduje, że książka staje się wymagającą lekturą — bolesną, smutną i drażliwą — jednakże okraszoną subtelnym humorem, chwilami błyskotliwym sarkazmem. To szalenie wartościowa publikacja, napisana ze smakiem i wyczuciem, zawiera wyjątkowo trafne spostrzeżenia o charakterze kulturowym i społecznym. Ta publikacja nastraja swoistą melancholią, zaskakuje, stawiając przed czytelnikiem pytania, na które nie ma jednoznacznych odpowiedzi.

Po raz pierwszy zetknęłam się z prozą Joanny Marat, po lekturze czuję się zaintrygowana, dlatego z ogromną ciekawością sięgnę po inne książki pisarki.
„Bił ją w obecności syna. I mówił, żeby ten patrzył i się uczył. To były jedyne lekcje wychowawcze, jakich udzielał swojemu jedynakowi. Teraz procentowały. Piotrek trzymał ją mocno za podbródek. Bardzo bolało. Będą siniaki albo nawet złamie jej kark. Całe życie jakiś mężczyzna ją tłukł. I tak już miało zostać. Była typem ofiary. Od dziecka”. (str. 322)

______________________________________________________________________
Kategoria:
 literatura współczesna 

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2016
ISBN 978-83-8097-006-9
Liczba stron: 480
Moja ocena: 8/10 



Za udostępnienie egzemplarza do recenzji 
serdecznie dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu:




środa, 22 lutego 2017

[RECENZJA] "Syn szczęścia" – Herbjørg Wassmo


„Człowiek musi wiele sobie wybaczyć, żeby być zdolnym do przebaczenia innym”.


Kiedy czytałam Księgę Diny, stanowiącą pierwszy tom Trylogii Diny targały mną różnorodne emocje, a postać głównej bohaterki skłoniła do wielu przemyśleń, nieustannej analizy jej trudnej do jednoznacznego zdefiniowania osobowości. Nie udało mi się jej jasno określić, stała się dla mnie postacią literacką, którą darzę skrajnie różnorodnymi uczuciami, a jednak to Dina i jej zaburzony wewnętrzny świat skradł moje serce, toteż z wielką ciekawością sięgnęłam po Syna szczęścia, który jest kontynuacją wspomnianego cyklu.
„Człowiek miał pokusę, aby zadać sobie pytanie: po co się żyje? Czy tylko dla siebie? Czy żeby być przymusowym świadkiem, który niczego nie zdradzi?” (str. 164)
Dina, matka Beniamina, zraniona jako mała dziewczynka, z bliznami na duszy uporczywie podąża przez życie — szukając miłości, której nie zaznała — będąc dzieckiem. Jako żona, matka, kochanka, jednocześnie silna i wrażliwa, kierująca się w życiu własnymi zasadami kobieta, jest równolegle uosobieniem dobra i niepokorności, jest także szalenie niebezpieczna. Staje się dla Beniamina wielkim autorytetem i chociaż jest jego matką, to dla małego chłopca bywa postacią niedoścignioną. Dina nie poświęca chłopcu należytej uwagi, jest nieustannie skupiona na własnych emocjach. Beniamin otrzymuje ogromne wsparcie od innych mieszkańców Reinsnes, od Matki Karen, Stine, Tomasza, czy Andersa, ale to miłości Diny pragnie z całego serca, doszukuje się jej w każdym najdrobniejszym geście, spojrzeniu czy rozmowie. Często podąża śladami matki, tropi ją, obserwuje aż pewnego dnia, staje się mimowolnym świadkiem jej okrutnego czynu, który na zawsze odbija piętno w jego zagadkowej psychice. Dręczą go groteskowe, pełne lęku sny, staje się kolejną trudną do określenia postacią, która wzbudza u czytelnika zarazem żal, współczucie, jak i ogromną niechęć.
„Powietrze wydawało się szklanym pyłem, który musiałem wdychać. Ciągle byłem poza samym sobą. Byłem człowiekiem, którego nigdy nie znałem. Jeszcze niepomyślaną myślą. Jeszcze niewykorzystanym dziedzictwem, a zarazem bolesnym wrzodem winy”. (str. 390)
W drugim tomie Dina nieustannie przewija się przez kolejne karty, konsekwentnie dręcząc myśli dojrzewającego chłopca, następnie dorosłego mężczyzny. Jednak tę historię śledzimy już z perspektywy wyalienowanego, niespokojnego, o nietuzinkowej usposobieniu Beniamina, który najpierw zmaga się z duchem zamordowanego Rosjanina w XIX wiecznym Reinsnes, później wyjeżdża do szkoły w Tromsø, gdzie tęsknota i wyrzuty sumienia paraliżują jego umysł, czyniąc z niego osobliwego introwertyka. Następnie przenosimy się do Kopenhagi, gdzie Beniamin podejmuje studia medyczne, tam nawiązuje specyficzną nić porozumienia z Akselem, zaczyna ich łączyć przyjaźń pełna niepokornych emocji i hulaszczego trybu życia, a także swoistej rywalizacji o względy przekornej Anny. Beniamin ociera się także o realia wojenne, gdzie z pola bitwy przyjdzie mu przenosić rannych do lazaretu. Tam poznaje Karnę, która już na zawsze zajmie dotkliwe miejsce w jego sercu.
„Lazaret polowy przesycony był krwią, ropą i goryczą. Przenikały one kikuty nóg, gangrenę i okaleczone twarze. Więcej, przepajały nawet samą śmierć”. (str. 275)
Herbjørg Wassmo oczarowała mnie wysublimowanym, kunsztownym stylem i niecodzienną kreacją bohaterów, ich psychologiczną głębią, oryginalnością, niebanalnością, a także szalenie plastycznymi opisami, które przeniosły mnie na długie godziny do zamkniętego, surowego XIX wiecznego społeczeństwa w norweskim Reinsnes, a także do ówczesnego Berlina i Kopenhagi. Poznałam tamtejszych ludzi, ich mentalność i zwyczaje, posmakowałam wyjątkowo odmiennej od współczesnej, rzeczywistości. Urzekł mnie chwilami refleksyjny, ale i nasycony intensywnymi emocjami rytm powieści. Szalenie realne opisy oszałamiają, wywołują przyśpieszony rytm serca, chwilami zapierając dech. Autorka wykreowała kolejną skomplikowaną postać, która nieustannie dręczy myśli czytelnika, nie pozwalając jednoznacznie jej ocenić. Zarówno Księga Diny, jak i Syn szczęścia na długo zapadną w moją pamięć, w szczególności bohaterowie, tak nieszablonowi, enigmatyczni, błyskotliwi i wieloznaczni. Słowem, mistrzowskie kreacje, mocno odbiegające od nieustannie pojawiających się schematów, czy stereotypów w literaturze. Mam jednak świadomość, że jest to kolejna powieść autorki, która nie musi w identyczny sposób czarować każdego czytelnika bowiem fabuła nie jest łatwa i oczywista, a bohaterowie rodzą niejednolite emocje. 

Na uznanie zasługują także role Ewy Partyki i Ewy M. Bilińskiej, które przełożyły obie powieści z języka norweskiego, pięknie odzwierciedlając efektowny styl pisarki. Za każdym razem, kiedy sięgam po książki Wydawnictwa Smak Słowa, delektuję się starannością, znakomitą korektą — w tekście nie ma żadnych braków, niedociągnięć, czy innych błędów — lektura zaspakaja, koi czytelniczą duszę i daje uczucie znakomicie spędzonego czasu. 
„[…] proste, lecz niezbędne słowa należy wymówić nie po to, aby śmierć tego drugiego była lżejsza. Nie, one potrzebne są człowiekowi, żeby mógł kiedyś umrzeć spokojniej". (str. 408).
Syn szczęścia Herbjørg Wassmo to kolejna oryginalna powieść, skierowana do miłośników literatury skandynawskiej, pełna nieoczywistej treści, skłaniającej do głębokich refleksji, intensywnych emocji, wysublimowanej namiętności oraz wyjątkowo urzekającego klimatu, który działa na zmysły, sycąc intelektualne zmysły. Czytelnicy poszukujący nieszablonowych, kunsztownie podanych treści powinni poczuć się ukontentowani. Gorąco polecam i niecierpliwe czekam na trzeci tom!
„Tylko głupcy spędzają życie na praktykach wiary i modlitwach wymyślonych przez ludzi. Liczy się miłość. Jeśli masz miłość, to w niej spełniają się wszystkie modlitwy tej ziemi”. (str. 314)


__________________________________________________________________________________
Kategoria:
 literatura współczesna 
Wydawnictwo: Smak Słowa 

Seria: Arcydzieła Literatury Norweskiej 
Cykl: Trylogia Diny 
Tłumaczenie: Ewa M. Bilińska  
Rok wydania: 2017
ISBN 978-83-64846-84-7
Liczba stron: 558
Moja ocena: 8,5/10 

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji 
serdecznie dziękuję: