Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joanna Łańcucka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joanna Łańcucka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 lipca 2016

[RECENZJA] "Stara Słaboniowa i spiekładuchy" - Joanna Łańcucka

Kategoria: literatura współczesna

Wydawnictwo: Oficynka
Rok wydania: 2013
ISBN 978-83-62465-71-2
Liczba stron: 448

Moja ocena: 9/10

Stara Słaboniowa i spekładuchy Joanny Łańcuckiej stanowi wyjątkowo oryginalną ofertę na rynku wydawniczym, dotychczas nie spotkałam się z powieścią opartą na polskich wierzeniach ludowych, w których aż kipi od różnorodnych tworów, równolegle powieść nie traci istotnej dozy realizmu. Dzięki tej publikacji przeniosłam się na kilka dni do zupełnie innego wymiaru. Książka, posiada wyjątkowy klimat, chwilami abstrakcyjny, magiczny, archaiczny, niepokojący, ale także zabawny, doskonale obnażający ludzkie przywary — jednocześnie mocno odbiegający od realiów współczesnego świata. Takiej wsi, jak Capówka z pewnością nie ma już w teraźniejszej Polsce.

Joanna Łańcucka urodziła się w Skierniewicach, wychowała w małej wsi na wschodzie Polski. Z zawodu jest plastyczką realizującą się głównie w malarstwie olejnym. Z lubością zajmuje się czytaniem, pisaniem oraz haftem artystycznym. Obecnie mieszka i tworzy w Krakowie. Stara Słaboniowa i spiekładuchy to debiutancka powieść autorki.



Akcja rozgrywa się w małej wsi Capówka nieopodal Chmielowa, gdzieś na wschodzie Polski, w której bogobojna społeczność wiedzie senny żywot. Jednak nad tę iluzoryczną harmonię nadciągają nieczyste moce, wyłaniając się z każdego zakątka wioski — atakują, drażnią, gardzą, drwią, siejąc ogromny strach wśród wiejskiej społeczności. Mieszkańcy Capówki zostaną poddani próbie, która zweryfikuje siłę ich wiary, odwagi i sprytu, niektórych z nich opęta niespotykana chuć, której nie zdołają okiełznać  nawet najbardziej pobożni mieszkańcy wsi. 


W tej właśnie osadzie, w niedużej, skromnie urządzonej chatce mieszka tytułowa Stara Słaboniowa — modelowa wiejska baba z chustą na głowie, uchodząca za miejscową wiedźmę rzucającą uroki. Teofila Słaboniowa posiada bogaty bagaż doświadczeń, na którego dnie ukryty jest pewien uciążliwy sekret. Chociaż bardzo zaradna, jednak wyjątkowo samotna — trochę zgryźliwa, surowa, pewna siebie i swych poglądów, mimo tego skora do wszelkiej pomocy. Słaboniowa żyje w zgodzie z Matką Naturą i absolutnie nie poddaje się wszelkim, trapiącym wioskę zmorom. Umiejętnie, z wyjątkowym sprytem, odwagą walczy z pojawiającymi się demonami, jednak czy zdoła pokonać tak rozsierdzone, wszechobecne zło? I jaka tajemnica nie pozwala Słaboniowej zaznać duchowej równowagi?

Joanna Łańcucka stworzyła opowieść, która odbiega od popularnych kierunków literackich, opartych na szablonowych schematach. Ta książka doskonale wpisuje się w nurt realizmu magicznego i to według mnie stanowi o jej wyjątkowości. Autorka osadziła akcję w staroświeckiej wsi, jednocześnie ukazując jej przemianę. Historia rozpoczyna się, kiedy Capówka mocno tkwi w standardach późnego komunizmu, następnie pisarka przenosi czytelnika wraz z bohaterami do wioski w pewnym stopniu odmienionej, gdzie pojawiają się elementy nowocześniejszego świata. Nie każdy mieszkaniec jednak ulega tej metamorfozie bowiem tytułowa bohaterka, ciągle pozostaje w minionych czasach, jest typową konserwatywną staruchą, której nie zachwycają dobrodziejstwa postępującej cywilizacji. Ponadto to postać bardzo odmienna od bohaterów współczesnej literatury, często wyidealizowanych, pięknych i niemalże wiecznie młodych. Teofila jest kobietą z licznymi wadami, na której twarzy rozpościera się jesień życia, może budzić zarówno niechęć, jak i sympatię. Jednak obdarzyłam ją wielką przychylnością, dlatego po przewróceniu ostatniej strony natychmiast zatęskniłam za Słaboniową i jej spiekładuchami, za wsią Capówką, która przywodzi na myśl starodawne opowieści, za wyjątkowym nastrojem, dzięki któremu przez kilka dni przebywałam w innej perspektywie. Książka przypomina mi także wczesną twórczość Jana Jakuba Kolskiego, takie filmy, jak: Pogrzeb kartofla, Pograbek czy Jancio Wodnik  odnoszę wrażenie, że Stara Słaboniowa i spiekładuchy posiada podobny klimat, ukazujący archaiczną polską wieś.

Kolejny czynnik, który stanowi o oryginalności tej publikacji to wykorzystanie dawnych wierzeń ludowych. Czytając tę opowieść, spotykamy postaci zaczerpnięte z mitologii słowiańskiej, pojawiają się Kozły, Kikimory, Strzygi, Czarownice, Zmory — czytelnik doświadcza także opętania, uczestnicząc w egzorcyzmach. Dzięki tym elementom powieść posiada swoisty klimat niepokoju, a książkę czyta się niczym starodawną baśń czy przypowieść. Są jeszcze dialogi, doskonale odzwierciedlające regionalne odmiany polszczyzny, charakteryzujące się dużą odrębnością od ogólnie stosowanego języka, przede wszystkim w zakresie fonetyki i leksyki.
 Sum, Anecia, na świecie takie rzeczy złe, że człowiek tego ludzkim rozumem ogarnąć nie zdoła”. (str. 356)
„Nie kazali, bo tera dzieci sum chowane bezsztresowo. Znaczy się niczego dzieckom kazać nie można, a i uderzyć tyż nie wolno. […] No i rozwodzo się tera ludzie na potęgie. A bo i nie wszystkie ślub kościelny bioro. A jak ino ślub w urzędzie, to i rozwód łatwiej wziunć”. (str. 322)
Stara Słaboniowa i spiekładuchy Joanny Łańcuckiej to w mojej opinii znakomity debiut literacki, szalenie niekonwencjonalny, błyskotliwy i wybornie skrojony. Autorka wykreowała zadziwiające, osobliwe postaci oraz historię, która wyróżnia się niecodziennym klimatem. Lektura książki pozwoliła mi przenieść się do minionej epoki, gdzie magia, zielarstwo, wszechobecne gusła, oraz konserwatywna wiara stanowiły silny element codziennego życia. Ta publikacja doskonale obnaża ludzkie antagonizmy, rozgoryczenie, zwątpienie wynikające z zaściankowych poglądów i braku otwarcia na pojawiający się postęp. Ponadto opowieść owiana jest tajemnicą, którą czytelnik odkrywa sam, odsłaniając poszczególne elementy misternie skonstruowanej fabuły. Jestem pod wrażeniem wyobraźni i kunsztu pisarki, dlatego niecierpliwie czekam na kolejne jej dzieła.

Ta książka ze względu na swoją oryginalność może nie przypaść do gustu wszystkim czytelnikom, dla mnie jednak stanowiła pokaźną odmianę, uzmysławiając, że właśnie tego typu literatura najbardziej zaspokaja moje czytelnicze zapędy. Minęło kilka dni od lektury, a ja ciągle tkwię pod jej gigantycznym urokiem. Nie omieszkam także pochylić czoła przed Wydawcą  Oficynka kolejny raz udowadnia, że jej podopieczni to znakomita liga debiutantów. 
„[…] pamięć ludzka jest przecie krótka. Choć wiem, że wy, ludzie, ażeby zachować o sobie dobre mniemanie, ażeby nie zapuścić się zbyt głęboko w swoje jestestwo, ażeby nie odkryć, kim naprawdę jesteście, jakie pokłady zepsucia i ciemnych mocy w sobie nosicie, ażeby nie widzieć swojej prawdziwej twarzy pokrytej wrzodami zakazanych żądz i ropiejącymi ranami zawiści, wykorzystujecie ten cudowny dar skrojony na waszą miarę przez wielkiego mistrza krawca, dar zapomnienia”. (str. 301)



Za udostępnienie egzemplarza do recenzji serdecznie dziękuję Wydawnictwu: